ARCHIWALNE
NUMERY
fragile nr 1/2008

Pierre Favre: poeta perkusji

aut. Tomasz Gregorczyk

Jak zaczęła się twoja miłość do muzyki?
Pamiętam, że przeżyłem prawdziwe objawienie, gdy usłyszałem Earla Bostica, ojca rock&rolla. Miałem wtedy 15 lat. Potem zobaczyłem koncert Charliego Parkera i Dizzy'ego Gillespiego. To dopiero był prawdziwy szok! Podobnie występ Billie Holliday w już w latach 50. Ta muzyka przenosiła się w jakieś inne miejsce. Nie obserwowałem tego, jak Billie śpiewa, tylko po prostu się rozpłynąłem.

Pierre Favre

fot. Andreas Zihler
Dlaczego zatem wybrałeś perkusję?
Mój brat zwerbował mnie do swojego zespołu tanecznego. z początku wydawało mi się, że nie mam wcale talentu, ale po tygodniu wpadłem po uszy. Szybko doszedłem do wniosku, że chciałbym zostać prawdziwym muzykiem.

Twoi pierwsi mistrzowie?
Sam nie wiem. Po prostu grałem intuicyjnie.

Nie słuchałeś wtedy perkusistów?
Nie. Słuchałem tego, co nadawało radio. i tyle. Później zacząłem grać z muzykami jazzowymi z okolicy. Po owym koncercie Parkera i Gillespiego zacząłem gromadzić nagrania. Pamiętam, też występ Billa Colemana z Zutty'm Singletonem. Zutty bardzo mi się spodobał więc szybko kupiłem sobie jego płytę i nauczyłem się jego solówki na pamięć, bo też chciałem tak grać. Tak to się zaczęło.

W przypadku jazzmanów często bywa tak, że braki w wykształceniu muzycznym są źródłem ich oryginalności. Jak to było z tobą?
Słuchałem i eksperymentowałem. Czasami wybierałem się do klubów posłuchać perkusistów, którzy może nie byli zbyt dobrzy, ale wykonywali dobrze chociaż jeden element, który mogłem podpatrzeć. i tak powoli, krok po kroku, piąłem się w górę. We wszystkich zespołach, w których grałem, znajdowałem jakiegoś mentora, który czegoś mógł mnie nauczyć.
Pewnego razu ktoś mnie zapytał, czy grałem kiedyś muzykę Johna Cage'a. Odparłem, że nigdy, ale mogę spróbować. Zacząłem ćwiczyć utwory Cage'a i w końcu je zagrałem. Niektórzy myślą, że ot tak, bez wysiłku, mogę zagrać wszystko. To nieprawda, wszystkiego musiałem się nauczyć. Ale nie posiadam żadnego wykształcenia muzycznego. Owszem, przez jakiś czas studiowałem muzykę klasyczną, ale miałem wtedy już 40 lat.

Skoro wspomniałeś muzykę współczesną. Znany pisarz Joachim Ernst Berendt pisał o atrofii rytmu w komponowanej muzyce europejskiej, co miało być jedną z przyczyn popularności jazzu. Jak to jest, czy może być ona inspirująca dla improwizującego perkusisty, czy nie?

Oczywiście, że może. Muzyka współczesna daje ci wiele możliwości, ale nieco innych niż jazz (gdzie tkwią moje korzenie). Przede wszystkim jest ona pozbawiona elementu afrykańskiego. Tę różnicę widać najwyraźniej wtedy, gdy muzycy współcześni próbują grać jazz, co zazwyczaj im nie wychodzi.
Z drugiej strony świetna improwizacja jest najlepszą kompozycją i vice versa, dobra kompozycja brzmi jak fantastyczna improwizacja. w obu przypadkach wszystko zależy od ludzi. Słyszałem zresztą wielu rewelacyjnych rytmicznie muzyków klasycznych. Robili na mnie niesamowite wrażenie, choć ich rytmika wcale nie była jazzowa. Jazz nie ma monopolu na ten rytm. Zresztą muzyka współczesna może też swingować, choć na swój sposób.

Czy perkusiści myślą o muzyce w jakiś charakterystyczny sposób?
Po pierwsze, na pewno nie musisz być perkusistą, żeby grać wspaniale rytmicznie. Niektórzy są tak utalentowani, że nawet na flecie pociągną do przodu cały zespół. Po drugie, perkusji bez elementów melodycznych i harmonicznych wyraźnie czegoś brakuje. Wielcy perkusiści byli zazwyczaj wspaniałymi melodykami. Elvin Jones, Philly Jo Jones, Baby Dodds i inni. Mało tego - sporo też mówili o melodii! Nie jesteśmy jedynie perkusistami, przede wszystkim jesteśmy muzykami!
Zastanawiam się jednak, czy jesteśmy, jacy jesteśmy, bo gramy na perkusji, czy raczej gramy na perkusji, bo tacy jesteśmy. Jedno nas łączy: wszyscy perkusiści są zmuszeni do noszenia ciężarów (czyli swojej perkusji) i mają problemy ze znalezieniem miejsca na próby, bo nikt nie chce słuchać tego hałasu (śmiech). Mimo to są zazwyczaj bardzo pogodni, a kiedy się spotykają, opowiadają sobie dowcipy i tak dalej. Nawet jeśli ze sobą rywalizują, wytworzyło się między nimi jakieś braterstwo. Nie zauważyłem czegoś podobnego w przypadku żadnego innego instrumentu.

Rzeczywiście, perkusiści bardzo wcześnie zaczęli nagrywać wspólne płyty. Już chyba od lat 50. i albumu "Orgy In rythm" Arta Blakey'a. Istniało mnóstwo rozmaitych perkusyjnych formacji, w przeciwieństwie do, dajmy na to, grup złożonych z samych kontrabasistów. Perkusiści chyba lubią ze sobą grać.
Perkusiści lubią się DZIELIĆ, również z publicznością. Przeczytałem gdzieś, że perkusja jest instrumentem kontaktu. Flet na przykład jest instrumentem samotności. Perkusja to wyjście na zewnątrz i energia.

Ze Szwajcarii pochodzi całe plejada fantastycznych perkusistów: oprócz ciebie Fredy Studer, Daniel Humair czy Lucas Niggli, a to wcale nie koniec listy. To przypadek?
Rzeczywiście, w Szwajcarii zawsze było dużo świetnych perkusistów. Kiedyś wyraziłem swoją opinię na ten temat, ale nikt mnie nie zrozumiał.

Pierre Favre

fot. Andreas Zihler
Postaram się.
Moim zdaniem to dlatego, że nigdy nie mieliśmy króla. Wiesz, o co mi chodzi?

Nie bardzo...
Nie jesteśmy przyzwyczajeni do narzuconej władzy, cenimy niezależność i nie wierzymy w jedną prawdę. A bębniąc sam wybijasz sobie rytm (śmiech). Myślę, że to może być wytłumaczeniem faktu, że tak wielu perkusistów pochodzi ze Szwajcarii. Wielu ludzi twierdzi, że to z powodu karnawału. Cóż, we francuskojęzycznej części kraju tradycja karnawałowa nie istnieje, ale są świetni bębniarze. Więc może w teorii z królem jest jakiś sens?

Podobno w czasach Reformacji bębnienie było w Szwajcarii zakazane, więc później mogło rozkwitnąć na zasadzie reakcji.
Owszem, ale również taniec i śpiewanie piosenek były zakazane. Obawiam się, że nikt jeszcze nie przedstawił zadowalającego wyjaśnienia. Próbowano też nawiązywać do szwajcarskich zegarków, ale perkusja nie ma z tym nic wspólnego.

A czy jest coś specyficznie szwajcarskiego w muzyce w ogóle?
Nie, nie sądzę. Gdy słuchaliśmy kiedyś koncertu Jacquesa Demierra, Barry Guya i Lucasa Niggliego, Michel Portal wypalił: "Ależ to angielska muzyka!". No tak, ale dwie trzecie tego tria stanowią Szwajcarzy. Trudno ujmować muzykę w kategoriach narodowych.

Pierre, nagrałeś jedną z pierwszych solowych płyt perkusyjnych. Przeczytałem kiedyś w polskim piśmie "Jazz" recenzję z lat 70., bardzo krytyczną, w której autor w ogóle podważa sens nagrywania perkusji solo. Jej autorem był chyba nawet perkusista jazzowy, ale jasne było, że zupełnie nie załapał sedna sprawy. Czy trafiałeś na takie niezrozumienie i trudności w solowym graniu?
Przede wszystkim grałem to, co czułem. Nie chciałem być pionierem, po prostu ufałem swojej intuicji. "Dobrze czy źle, będę tak grać" - tak wtedy myślałem. Oczywiście często zdarzało się, że ktoś mi mówił, że nie potrafię grać. Pamiętam jednego krytyka z Zurychu, który pisał, że Pierre Favre za nic w świecie nie umie zagrać w rytmie. Był tego tak pewien, że mimo iż grałem mnóstwo rytmicznej muzyki, zupełnie tego nie zauważał. Ów krytyk już nie żyje, ale jego następcy piszą dokładnie to samo (śmiech). Cóż zrobić, musisz grać swoje, rozwijać to, w co wierzysz i w czym wypowiadasz się najpełniej. Część ludzi będzie cię kochać, część nienawidzić. Wyzwanie polega na tym, aby nie dać się wytrącić z obranej ścieżki przez ludzkie opinie. Dlatego w ogóle nie czytuję już recenzji.

Czy zwykłe recenzje rzeczywiście mogą być dla muzyka aż tak bolesne?
Mogą przeszkadzać, jeśli jest w nich tyle nienawiści, że deprecjonują wszystko, co robisz. Podobnie jak w przypadku dziecka, które brzdąka sobie coś na jakimś instrumencie. Co ono zrobi, gdy pojawi się dorosły i powie: "Źle, źle, źle!"? Poczuje się niepewnie. Przestanie grać. Miałbym więc do krytyków jeden apel: "Bądźcie ostrożni w swoich opiniach".
Muzycy mają zaś wybór. Albo będą grać to, co kochają, albo przez całe życie będą udowadniać innym, że potrafią zagrać to czy owo.

Pierre Favre

fot. Andreas Zihler
A jakich rad udzielasz swoim uczniom?
Moi uczniowie często pytają mnie, jak wypracować własny, indywidualny styl. Odpowiadam - grajcie to, co kochacie i kochajcie to, co gracie. Wszystko jedno, czy grasz bluesy czy mazurki - jeśli będziesz w stanie wydobyć ducha tej muzyki, będziesz wyjątkowy. Nie odwracajcie czyneli do góry nogami, nie silcie się na oryginalność. Można to robić, ale tak nie stworzysz własnego stylu. Zresztą to nie styl jest najważniejszy. Najważniejsza jest otwartość, świeżość i granie tego, co się lubi.

No tak, najwięksi muzycy często ewoluowali pod względem stylu przez całe życie.
Ale niektórzy wciąż pozostają wierni obranej stylistyce. Osobiście staram się być wierny samemu sobie - dziś gram tak, jak gram, ale jeśli jutro spodoba mi się coś innego, podążę za tym. Idę tam, gdzie mogę być sobą. To chyba dlatego po tylu latach na scenie wciąż mam tyle pasji dla muzyki.

Wielu artystów podkreśla, że uprawianie sztuki jest dla nich formą autoterapii. Co tobie daje muzyka?
Czasami słuchając koncertu dostaję wielki zastrzyk energii. Przez kilka dni jestem pełen entuzjazmu i ochoty do gry. Podobnie jest, gdy sam gram z niektórymi ludźmi. Ale czasami jest dokładnie na odwrót. Niewielu muzyków wysysa z ciebie energię, niemniej zdarzają się i tacy. Po współpracy z nimi wszystko mi się miesza i nic mi się już nie chcę. Niekiedy słucham jakiegoś koncertu i myślę: "hmm, naprawdę niezłe!", ale potem cała moja energia znika. Potrzebuję wtedy czasu, aby ją odzyskać. Zdarza się jednak, że muzyka ma w sobie mnóstwo mocy i pasji. Można to też nazwać szczęściem.

Rozmawiał Tomasz Gregorczyk

Pierre Favre
Urodzony w 1937 roku szwajcarski perkusista i kompozytor. Jeden z najbardziej wpływowych i oryginalnych muzyków jazzowych Europy. Prekursor solowych nagrań perkusyjnych, nazywany "filozofem" bądź "poetą" tego instrumentu. Od lat związany ze słynną monachijską wytwórnią ECM, muzyczny partner takich artystów jak Irene Schweizer, Michel Portal, John Surman czy Fredy Studer.
PRZESTRZEŃ WYPOWIEDZI >> TABU












© Copyright Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie. Wszelkie prawa zastrzeżone