fragile nr 2/2009
Milos Zivanović
Nieprzyjemna sytuacja
Pierzasty doktor znienacka dociera na wizytę
Szeleści papierami by ukryć hałas śmigła.
Posępność ziewa na jego ramieniu
jeszcze zakrwawiona po uśmierceniu
chińskiego sprzedawcy trefnego opium
Okrąża językiem i to jest jak pytanie
do mnie który wyruszam przez drżenie
Język nabrzmiały, język niezrozumiały
w liście szamana. Mowa niepotrzebna
Jestem alfonsem. Sprzedaję kobiety, które milczą.
panuję, one przechodzą nieme.
Nie ma człowieka za listem, prefiguracja niemożliwa.
Ziejący strach od zarozumiałej sfery płciowej
niezmiernie większej od bytu i wszelkiego humanitaryzmu
Doktor drażni dym i milczy.
Nie wolno mówić o nieobecności
mówić zaledwie tak piszczeć do mikrofonu
w środku zakrzepłego uzdolnienia do śmierci
dość oziębionego by na nim odcisnąć pieczęć
* * *
Przez okno obserwowałem kota
jak idealnie spokojnie śpi
albo umiera na chodniku.
Przez to samo okno dostaję kompletny obraz
ulica samochody sztandar sąsiedni budynek
ludzie pomieszani z rzędami drzew
zwyczajne niebo i symetryczne kolory nieba.
Jak się podciągnę na krześle
widzę też trafikę i ludzi w niej.
Patrzę na kota na chodniku.
Symetryczne kolory padają jak wstęgi.
Kot nie był martwy lecz
zerwał się i pobiegł do zoo.
Trafika idealnie spokojnie kucała
albo umierała na chodniku
człowiek sprzedawał prasę i papierosy
a symetryczne kolory nieba
ciemność i jeszcze coś
lały się ulicą
jak ognista rzeka
jak straszny dwugarbny wielbłąd
* * *
Za kierownicą na pustej drodze
przez esencję wszystkich ziemskich nocy
przemykając przez białą linię granicy
uciekając od świecących słupów po prawej
jak srebrny nietoperz oczekuję odbicia swego głosu
Wchodzę do fantomicznej wioski
ona istnieje tylko z powodu ograniczenia
dlatego dodaję gazu
okryty przydrożnym kurzem o północy.
w ciężki obłok hałasu maszyny
którego ja w środku, za kierownicą nie słyszę.
W ciemności nie ma ścian ani dachów
Tylko czasem jakieś okno z krzyżem
i usztywnione zapowiedzi ciał wystają z rowu.
Tylko komin dawno martwe cegły
który by nawet nie śmiał w tej ciemności dla mnie istnieć
i na nim dwulicowy samolot
raz wrona raz orzeł
mściwy kamienny gryf
z umarłego rękawa czasu
ani przeszłego ani przyszłego
tego który na zawsze pogrzebałem
swoją nieobecnością.
Wrona i orzeł, kamienny gryf
powoli zaczyna machać skrzydłami
ogrzewa się przy nadmiernym zgrzycie
i ja pragnę by się daleko przede mną uniósł bóg ubrany w stal
dlatego spieszę się by dotrzeć tam, przed siebie
i owładnięty jestem strachem że się znienacka pojawi
na białej linii w snopie reflektorów
że zacznie wrzeszczeć jak rozzłoszczone chore dziecko
* * *
Lekko ubrany siedziałem na ławce
Wiał obcy wiatr z czereśni
i oczywiście marzłem
obserwując ludzi z aparatami fotograficznymi.
Ktoś srał pod ławką.
Może francuski buldog.
Ja byłem pomnikiem
a ludzie byli z aparatami fotograficznymi
Wysokość katedry syknęła dzwonem.
Porcjami przyjemnego nieznanego napoju
zmywam nieznośny zapach mydła
Pałeczki wirusów i śmierci statystują
zamaskowane w zieleń. Ignorancja.
You Swine! You Whore!
Szerokością czystego bulwaru
podążają drogie zwierzęta obojętnie
i histerycznie się boją kleszczy.
Semafory czerwienią się wzajemnie.
Smugi retardowanego nieba zachwiały się
i wrzasnęły nad wysokością dzwonów
Pierzasty doktor w oblocie kontrolnym
(to jest strefa zabronionego wlotu).
Ja skoczyłem z ławki wybijając zęby o uśmiech
Doctor Flight! Something's wrong here! I'm in need!
On mi tylko odmachnął surowo i zniknął w akrobacji.
Wytworne pałeczki penicyliny wysuszyły się na mej głowie
Przeglądałem się w ziewającej rozpaczy
w narkomańskich obiektywach aparatów.
Poszukałem w kieszeni marynarki nieistniejącego papierosa.
Ścisnąłem mocno ciepły kurz z kieszeni
wbijając suche okruszki tytoniu głęboko pod paznokcie,
Ogromny cerkiewny szczur przemknął mi między trzewikami
i krzyknął goal! podcinając mnie ogonkiem
po nastroszonych puszkiem mosznach.
Wyciągnąłem się na ławce by być długim
przykryłem się pobliską zielonością
Opuszczone wstęgi nieba okociły się nad moimi ustami
i białe karzełki powzięły straż
Ukazały mi się trzy marynarskie wiedźmy
i zapytały czy mnie nocą prześladują
aktualne gwiazdy porno ukryte pod kocem
Rozdziawiłem usta w odpowiedzi i z ust wyślizgnęła się
tylko bańka z plwociny
One zrozumiały i rzekły:
Jakie paliwo mamy lać
do tego biomechanicznego urządzenia.
Gdzie pędzisz kapitanie.
styczniowy freak-out
Brązowy cukier skoczył na szybę samochodu
i rozciągnął świeże błoto w siatkowatą masę,
jeżdżę czołgiem.
W domu karpacka suka
rozmazuje mi pejzaż całymi dniami
Nie ma telefonu a listonosz nie przyjdzie do marca.
Miejscową specjalnością są duszone wrony.
Snują się dziwne sezony,
Liverpool jest za Everton Fearless?
Sid Barett leży w szpitalu swego ojca
ślepy od cukrzycy i jak mówią, całkowicie szalony
(dlatego że odmówił wielkich pieniędzy). Nie wierzę w to.
"Mad my Pride" lives on!
Tylko w łaźniach ludzie nie są głodni, nie jest im zimno i nie są szaleni,
jeśli wykombinują socjalne opłacenie kosztów.
Aniołom zanikły nogi więc nie ma ich między nami, tylko powiewają, czarowne,
wstępują na terapię spa, między różowe peruki.
A Barett na to: Scream thy last scream
old woman with the casket.
Bóg jest szczwaną mała bestią,
ukradł wszystkie kulki i wsadził do nosa
i co mu powiesz.
Uciekaj ode mnie kudłaty bękarcie.
Staję się brzydki i tępy.
Milos Zivanović ur. 04. 08. 1976r. w Belgradzie, absolwent literatury powszechnej na Wydziale Filologicznym w Belgradzie, publikował poezję i prozę w wielu czasopismach, antologiach, zbiorach pokonkursowych i pofestiwalowych. Polscy czytelnicy mogli zapoznać się z jego twórczością poprzez publikację w Antologii Młodszej Poezji Serbskiej WOJNA I MP3 (Kraków 2007).powrót