fragile nr 2/2009
Petar Matović
Powrót do mieszkania
Wracam do mieszkania. Nagłe otwieranie
Niczym stuknięcie palcami, kurz, który
zasrebrzył się w piramidzie widzenia, cień ogarnął próg
/dezintegracja widzenia/, a potem skrzypiące zamykanie
drzwi, jeszcze głośniejsze obracanie klucza (jak można przedstawić dźwięk
który wpija się w marmurowe słupy, tutaj, za grubymi drzwiami
bez judasza), i odwracanie ciała do wnętrza - oto jesteś
w azylu, intymnej komnacie, której rolę ukrywasz
nawet przed znajomymi, obdarowanymi przez Bella.
Nadałem sens temu domowi, dyskretnemu siedlisku miłości,
Stare meble, które wciąż jeszcze pachną żywicą, niczym dźwięk
Przygaszone światło, i ja: gdy z fotela wzrokiem przechodzę
Po kątach pokoju /w kącie oka wąż asfaltu uderza w okno/,
Zatrzymuję się na pajęczynie - tutaj jest!: to błogosławieństwo niedoskonałości,
Ten pokój co opiera się dizajnowi tysiąclecia, ta marność, to zaniedbanie
Zabiera zmęczenie wielkie niczym góra. Pod powiekami źrenica wciąz pamięta:
Rwetes, przydrożną naradę maszyn, pogadanki bankomatów, kamom ubioru...
Ale bez emocji! Oszustwo blednie w smaganiu bicza na grzbiecie
Przetworzonego w szept, co mmówi: Zostaw to... Uśnij... Odpręż się:
Wciąż jeszcze - możliwy jest Bóg!
Hostia
Dziś jest zimno. Nocny wiatr
Października przez jedną noc zbudował piramidę z liści.
Wznosi się budynek naprzeciwko: zamontowano rusztowania,
Poruszają się wolno i z hałasem, niczym emerytowana tancerka.
Mój stromy wzrok zatryzymał sięna butelce piwa pozostawionej
Na szczycie ostatnio murowanego bloku. Jest niedziela i nie ma murarzy.
Gorzej już być nie może: szukasz ciszy, a brak dźwięku
Wpędza cię z prędkością tlawiny w jesienną depresję.
Dziś rano niebo jest nisko, niczym w rosyjskim stepie.
Ciemne chmury, roztrzepane jak kłębki waty
Tutaj pogoda jest w sam raz dla ciebie, płaszcz, parasol
Który rozkwita w intymny firmament, smutny i poważny.
Wejdziesz na szczyt budynku: sokół, widzisz wzory i dziób
Który wuydaje dźwięk głodu. Potem odlatuje na południowy zachód,
Do części niezabudowanej. Tutaj ptaki latają nisko, bez strachu.
A liściom, zgrabionym tutaj według masońskiej geometrii
Popękały naczynka. Płoną niczym miedź z dachu świątyni.
Moje ciało jest hostią w tym pożarze, co płonie jako wspomnienie słońca.
Morawski anioł
Każdy anioł jest straszny
R. M. Rilke
Zleciałeś na brzeg rzeki, obok kochanków,
Toteż nawet cię nie zauważyli
Księżyc, zauważyłeś, że był krwawy, wyrzucono
Za lewe ramię kobiety.
Po raz pierwszy widziałeś
I poczułeś zazdroścć wobec cielesności
Zadziwiające, nieprawdaż
A uczono cię, że ciało to zaraza
Obciążony poczuciem winy odszedłeś
Nic nie rozumiałeś
Bo kimże jesteś?
Nie rozumiałeś czemu ciało jest karą
Dlaczego dobrze jest być aniołem
Jeśli porusza cię widok
A co jeśli staniesz się człowiekiem
Jeśli rozumiesz tych, którzy się modlą
Czy jesteś aniołem
Wszystkie porty są otwarte
Noc opada niczym cicha powódź, spowolniona (tania sztuczka:
Aby wywołać przyzwyczajenie, spontanicznie bierze): cisza
Że w górach usłyszałbyś mrówkę jak przebiera nogami.
A jesteś tutaj, gdzie zakłócenia zbiera błyskawiczna artykulacja
Stawów: chrup/anie/! - nagle pamiętasz o sobie, mięso i kości
Oświetlone szczękami cewki katodowej. Trwa to całymi dniami.
Cierpiałeś na coś drobnego (robak, trojan, wirus...?)
I nijak nie możesz rozwiązać zagadki Gates'a. Niczym małe, przejrzyste
Pająki pliki raportów nezawuważalnie suną po niewidzialnych niciach.
Spójrz, twoja intymność rozrywa się totalnie, nagle jak pomarańcza
W reklamie, na równiutkie cząstki
Schroniełeś się przed światem, w innym świecie, a teraz znowu jesteś
Na linii ognia: pozbawianie anonimowości to tylko wprawka
Początkujących hakerów, zaliczanie sprawdzianiu. I to jest
najstraszniejsze. Kolateralna szkoda, eksperyment, oto, czym jesteś!
Pozostaje tylko wyłaczyć komputer, opuścić rolety, jeśli
wzrok przemknie poprzez nieprzytomny monitor, odbije
odblask twej postaci opisanej przez Raiblais'a - ostatnie cięcie:
tak, jak u tego Greka, o obcym i wrogu w lustrze.
O Chrystusie
Oto: spełnienie przesunięte w noc, do organizmu.
Ciałka krwi w bezszelestnym nurcie, ci święci
Rozsiewani chaotycznie, delikatnie dotykający
Organów. Niczym mały elektronowy plankton.
Niczym iskierki wzlatujące z kuźni.
A teraz jest zima. NIe wychodzę z domu, w kącie
Szczyt odrzuconych książek. Z zewnątrz dociera
Nierzeczywistość: dźwięki filmu. Pająk rozgnieciony
Na stole. Palec wskazujący kurzu. Codzienność
W harmonii. W parzeniu kawy. Nic.
W genach pozostaje zapisane położenie szkieletu
Zgniecionego przed monitorem. I palców, które
Nie wiedzą co począć z klawiszami klawiatury.
Może jesteś tylko błednym linkiem, ulicą
Którą błąd architektów uczynił ślepą.
Pocałunek: odcisnąć usta na czole ekranu,
Poczuć ciepło: ten komputer to taki mały
Jezusek, taki Chrystusek do użycia intymnego.
Petar Matović ur. 1978 w Uzicach, mieszka w Pozedze, absolwent literatury i języka serbskiego na Uniwersytecie w Belgradzie, opublikował tom wierszy Kawałki
kamery (Requiem dla samotności) [Kamerni komadi (Opelo samoći)], drugi tom Ognie świętego Heraklita (Vatre svetoga Heraklita) pozostaje w przygotowaniu. Publikował
w wielu pismach i zbiorach poezji w Serbii, zdobył I nagrodę na XXII Wieczorach Poezji w Limie.
Jego wiersze zostały dotychczas opublikowane również w przekładzie na język polski w Antologii Młodszej Poezji Serbskiej WOJNA I MP3 (Kraków 2007) oraz w czasopiśmie
ŤPortretť.powrót

