fragile nr 1/2010 (7)
By osuszyć łzy i żyć, czyli o okrucieństwie Irokezów
Bartosz Hlebowicz
Zaraz po pojmaniu wyłamywano im kilka palców. Krwawiące kikuty wkładano do palącej się fajki. Wracający z udanej wyprawy wojennej wysyłali naprzód posłańca do swej wioski, który obwieszczał liczbę prowadzonych jeńców. Mieszkańcy gotowali się do "powitania": ustawieni w dwóch rzędach, z kijami i pałkami, czekali na zewnątrz wioski. Potem zaczynało się bicie przybyszów (kobiety i dzieci często oszczędzano). Następnie rozbierano ich do naga, prowadzono na platformę w centrum wioski, gdzie kontynuowano tortury (wyrywanie paznokci, dotykanie czułych części ciała kijami i rozgrzanymi głowniami). Po kilku godzinach robiono przerwę, żeby katowani mogli odpocząć i się najeść. W tym czasie kobiety - głowy lineaży, decydowały, którzy jeńcy zostaną asymilowani do ich rodzin, a którzy zabici. Przeznaczonych do egzekucji często wcześniej symbolicznie adoptowano. Zasadniczym elementem tortur było stopniowe przypalanie ciała ofiary: poczynając od stóp. Do ofiary zwracano się jak do krewnego (z tym, że w torturach nie mogli uczestniczyć członkowie rodu, do którego "adoptowano" jeńca), a pchnięcia rozgrzanymi głowniami określano jako miłe łechtanie. Przed śmiercią zdejmowano torturowanemu skalp, lejącą się krew tamowano przez posypanie otwartej czaszki gorącym piaskiem lub popiołem. Śmierć zadawano poprzez rozcięcie klatki piersiowej nożem lub ciosem w szyję siekierą. Ciało ofiary oddzielano od kości i gotowano, po czym następowała uczta, w której uczestniczyła cała wioska. Pewien Irokez wyjaśniał w połowie XIX wieku: "W odniesieniu do jeńców [moi przodkowie] używali terminu WE-HAIT-WAT-SHA. Oznacza on ciało pocięte na kawałki i rozproszone dookoła. W ten sposób rozpraszali swoich więźniów, roztapiali i niszczyli ich narodowość, i tworzyli własną".Cały artykuł dostępny w wersji papierowej "Fragile".