fragile nr 2/2010 (8)
Śmiechu warte?
aut. Jan Topolski
Z humorem jest podobnie jak z czasem u Augustyna - im dłużej się nad nim zastanawiać, tym trudniej zdefiniować. Ta w istocie złożona kategoria inspirowała myślicieli ponurych jak Kierkegaard, mętnych jak Bergson czy frywolnych jak Austin. I wciąż nic nie wiadomo. Nawet jeśli Frank Zappa wielokrotnie pozytywnie odpowiadał na tytułowe pytanie albumu live Does Humor Belong in Music? (1984), to tzw. współczesna muzyka klasyczna pozostawała co najmniej zdystansowana. Niektórych śmieszy wprawdzie już sam widok ponad 100 starszych pań w żakietach i panów we frakach wymachujących smykami czy dmuchających w trąby przed (stojącym tyłem do publiczności) kolejnym panem we fraku. Inni, miłośnicy klimatów zdrojowo-sanatoryjnych, z upodobaniem dołączają do chóru gruźlików zaludniających zwykle sale filharmoniczne i wyjątkowo zgodnie obwieszczają momenty odprężeń i napięć w symfoniach. Ale humor w samej muzyce?Na najprostszym poziomie działa na pewno - przy minimalnej wiedzy i osłuchaniu - podobnie jak pamiętne gagi z amatorskich filmików home video w familijnym programie wszech czasów Śmiechu warte. W miejsce potykających się panien, wywracających niemowlaków i gadających zwierząt mamy więc do czynienia z efektami onomatopei, naśladownictwa, wykoślawienia czy omyłki. Wyczerpującym i konsekwentnym pokazem takiej strategii pozostaje po 80 latach pierwsza opera Dymitra Szostakowicza Nos (1928), oparta na groteskowym opowiadaniu Gogola. Kompozytor wprowadza ludowe i miejskie instrumenty, dzikie rytmy i gonitwę motywów, każe wokalistom prychać i ziewać. Swego czasu sensację wywołał pierwszy w historii muzyki zapisanej pięciomiunutowy fragment na samą perkusję, w interludium do III aktu.
Podobnie może zadziałać dołączenie pozamuzycznego programu, który rozochocona publiczność może na bieżąco porównywać z wybrzmiewającymi dźwiękami. Wbrew chyba intencjom pierwszych twórców stosujących to rozwiązanie, niektórzy z upodobaniem współcześnie szukają Kury czy Niedźwiedzia w symfoniach Haydna, ptaszków u Beethovena i Mahlera, a z nowszych czasów choćby parowozów w Pacific 231 (1923) Arthura Honeggera czy fabryki w Odlewni stali (1927) Aleksandra Mosołowa. Jeden z bardziej udatnych i śmiesznych poematów symfonicznych przedstawił ostatnio Enrico Chapela, który w nacjonalistycznym uniesieniu postanowił zorkiestrować utworem Ínguesu (2003) nic innego jak... mecz piłki nożnej. Oczywiście, nie byle jaki mecz: finał Cup America, sensacyjna walka między Brazylią a jego ojczystym Meksykiem, pełen dramatycznych zwrotów akcji i błyskotliwych zagrań. Orkiestra jest tu podzielona na dwa zespoły, dryblingi zastąpione solówkami dętych, kibice głosują smyczkami, a dyrygent w paru miejscach gwiżdże na faule i kartki. Talent do używania znanych konwencji ma też z pewnością Tadeusz Wielecki, od dekady także dyrektor festiwalu Warszawska Jesień. W swojej Powtarzance (1990) prześmiesznie rytmizuje wyliczankę "Miała baba mak...", w Historii bardzo prawdziwej (1995) układa kolaż z brzmiących przedmiotów, w Poemacie egocentrycznym (1994-95) zajmuje się meandrami artystycznej duszy.
Bardziej wyrafinowaną siatkę zniekształceń zastosował zapoznany i przedwcześnie zmarły Bernd Alois Zimerman m.in. w swojej fantazji na temat legendarnego Ubu króla Alfreda Jarry'ego, Musique pour les soupers du Roi Ubu (1966). Surrealistyczne obyczaje panujące na dworze w "Polsce, czyli nigdzie" niemiecki kompozytor przełożył na rozstrojony i niestrojący się system dźwiękowy, instrumenty odzywające się w skrajnych rejestrach, niekonwencjonalny ich wybór i rozmieszczenie, rozpryski i fragmenty cytatów i utworów. Interesująco wypada porównanie z innym utworem inspirowanym dystopią Jarry'ego - opery Ubu Rex (1990-91) Krzysztofa Pendereckiego. Nasz zazwyczaj metafizyczny, nostalgiczny i patetyczny best living composer pokazał tu wszystkim swe dziecięco-radosne oblicze, niczym gombrowiczowską pupę. Otwierająca piosenka króla i jego kompanów "o grównie" to coś w rodzaju pijackiej szanty; rosyjski car śpiewa dwoma basami niczym orły z herbu, żona głównego bohatera w zachwycie nad sobą samą rzuca wyzwanie Królowej nocy z mozartowskiego Czarodziejskiego fletu.
Cały artykuł dostępny w wersji papierowej "Fragile".