czytelnia
Nordyckie dźwięki z polskim akcentem
Tomasz Gregorczyk31 kompozycji wykonanych w Polsce po raz pierwszy przez najwybitniejsze zespoły muzyki współczesnej, jak Ensemble Modern, Ensemble Recherche czy Cikada Ensemble, zainteresowanie mediów i tłumy na koncertach Jónsiego i grupy múm - nordycka edycja krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum za nami.
W ciągu kilku lat festiwal Sacrum Profanum dokonał rzeczy niezwykłej - o muzyce współczesnej, przecież powszechnie uważaną za niezwykle trudną w odbiorze, znów się dziś mówi i pisze. Znów chodzi się na działa kompozytorów, których znała do niedawna tylko garstka koneserów. Funkcja popularyzatorska - którą przez doskonała promocje festiwal niewątpliwie pełni - nie przeszkadza w utrzymaniu wysokiego poziomu imprezy. Patrząc na program można wręcz powiedzieć, że ta misja jest ona realizowana niejako przy okazji, bo zestaw koncertów powinien zadowolić wytrawnych melomanów. Wrześniowa 8 edycja Sacrum Profanum była kontynuacją koncepcji "geograficznej"; tym pochylono się nad muzyką krajów nordyckich. Trzonem festiwalu były wykonanie dzieł Kaiji Saariaho (Finlandia), Eivinda Buene i Rolfa Wallina (Norwegia), Andersa Hillborga i Klasa Torstenssona (Szwecja), oraz Pelle Gudmundsen-Holmgreena, Magnusa Lindberga i Hansa Abrahamsena (Dania).
Co zachwyciło w tym roku? Bezapelacyjnie mistyczna Kaija Saariaho, może też Klas Torstensson? Oczywiście, gdyby było to możliwe, pewnie każdy ułożyłby program nieco inaczej. Ale nawet jeśli spieramy się, czy w Krakowie zabrzmiały rzeczywiście najlepsze kompozycje twórców z Europy Północnej, to przecież trzeba przyznać, że tegoroczny zestaw był rzetelnym przeglądem muzyki współczesnej średniego pokolenia tej części świata. Tym bardziej, że okazji do wysłuchania utworów tych artystów nie ma w końcu tak wiele.
Słychać wprawdzie pełne niekrytego żalu głosy, że na koncerty tych samych kompozytorów na innych festiwalach, przy innych okazjach nie pojawia się nawet połowa publiczności z Sacrum. Dziwny zarzut - dzięki Sacrum Profanum miłośników muzyki współczesnej pewnie przybędzie i może zaczną pojawiać się na występach bardziej specjalistycznych, niszowych czy też po prostu słabiej promowanych. To że działania Krakowskiego Biura Festiwalowego na koncerty muzyki współczesnej przyciągają nową publiczność bądź mobilizują istniejącą, acz nieco leniwą można tylko podziwiać.
Nowością festiwalu był projekt Made in Poland zrealizowany we współpracy z Narodowym Instytutem Audiowizualnym. Do programu koncertowego każdego dnia włączono wykonania dzieł kompozytorów polskich, co okazało się wyśmienitym pomysłem. Nie dość, że utwory te wytrzymywały konfrontację z kompozycjami Skandynawów i Finki, to jeszcze niejednokrotnie wychodziły z niej zwycięsko. Muzyka polska to nie tylko Chopin (którego na szczęście na Sacrum Profanum nie było), ale też Agata Zubel, Paweł Szymański czy Paweł Mykietyn, którymi warto i można chwalić się z sukcesem (nie wspominając o starych mistrzach, jak Lutosławskiego czy Górecki).
W tym roku łącząca światy "sacrum" i "profanum" nić (mimo obecności min. Sinfonietty Cracovii na koncercie grupy múm) została niezwykle rozciągnięta, choć poprzednie lata pokazują, że można utrzymać pewne punkty styczności obu światów. Siła oddziaływania Kraftwerk (edycja 2008) i Aphex Twina (2009) są jednak nieporównywalne do tegorocznych wykonawców zaproszonych na Sacrum Profanum Freak. Wpływy niemieckich klasyków i angielskiego prowokatora sięgają przecież muzyki, nazwijmy ją, awangardowej, bo do inspiracji tymi artystami przyznają się muzycy parający się swobodną improwizacją, eksperymentalną muzyką elektroniczną, zarówno akademicy jak i samoucy. W przypadku Jónsiego czy zespołu múm o takim zjawisku nie może być mowy (i nie jest to chyba tylko kwestia młodego wieku tych muzyków). Zresztą skądinąd bogatej skandynawskiej scenie jest chyba tylko jedna artystka, której muzyka podziałała ożywczo poza avant pop, np. na ambitne formy muzyki improwizowanej (ale przypuszczam, że zaproszenie jej nie jest łatwe nawet dla festiwalu formatu Sacrum Profanum).
Same teatralne występy Jónsiego i grupy múm z przyjaciółmi mogły się podobać nawet średnio zafascynowanym islandzką sceną muzyki popularnej, a fanów tejże wprawiły w prawdziwą ekstazę. Ściągnęły też na festiwal uwagę mediów, a dla krakowskiej publiczności były jedną z niewielu okazji obcowania z wysmakowanym, bajkowym show na najwyższym poziomie. Co ważne - zarówno Jónsi jak i múm to artyści będący u szczytu karier, nie podupadłe gwiazdy hołubione z niewiadomych przyczyn tylko nad Wisłą. Ilu tego typu koncertów można posłuchać w Polsce? Bardzo niewielu. Świetnie sprawdziły się moim zdaniem lokalizacje - Hala Ocynowni Elektrolitycznej w Nowej Hucie. Czyżby nieco przypadkiem z braku prawdziwej sali koncertowej narodziło się kultowe miejsce na muzycznej mapie Krakowa? Podobnie zresztą wysokie noty należą się salom teatru Łaźnia Nowa i Muzeum Inżynierii Miejskiej.
Za rok 9 edycja festiwalu i specjalny projekt Miłosz Sounds, czyli muzyka Pawła Mykietyna, Agaty Zubel, Wojciecha Ziemowita Zycha, Aleksandry Gryki i Dobromiły Jaskot inspirowana twórczością Czesława Miłosza. Informacja o podobnym - moim zdaniem karkołomnym - pomyśle w innym kontekście wprawiłby mnie w przerażenie. Że na Sacrum Profanum się uda - jestem o to dziwnie spokojny.


