Euromajdan to alegoria jednostki szukającej. Ukraińców czekających na świt.

Sergiy Lebedynskyy

 

Charków leży na terenie północno-wschodniej Ukrainy, tuż przy granicy z Rosją. W latach 1917-1934 był stolicą Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Dziś jest drugim co do wielkości (po Kijowie) ukraińskim miastem, ekonomicznie bardziej powiązanym z Rosją niż z samą Ukrainą.

Zgodnie z uchwałą rady miejskiej regionalnym językiem jest tutaj rosyjski, który dominuje wśród ludności Charkowa. W pierwszych miesiącach po Euromajdanie przez miasto przetaczały się zarówno prorosyjskie jak i proukraińskie demonstracje, a w kwietniu 2014 roku proklamowano  tu Charkowską Republikę Ludową, niezależną od Ukrainy. Popierano przyłączenie Krymu do Rosji i chciano przeprowadzenia podobnego referendum w obwodzie charkowskim. Krzyczano „Rosja!” i „Berkut!”, palono ukraińskie książki na ulicach i wieszano rosyjskie flagi. Mniej więcej połowa ludności obwodu charkowskiego chce przyłączenia do Rosji i uniezależnienia od Ukrainy. W Rosji są pieniądze i wysokie emerytury. Nawet na granicy rosyjsko-ukraińskiej widać, kto jest górą – wytargane czasem, znoszone ubrania w Hoptiwce versus nowe, eleganckie mundury z grubej bawełny w Niechotiejewce. A wszystko przez zachodnią Ukrainę, która ciągnie ze wschodniej jak spragnione dziecko, ssie i nie ma dość. Do tego jest zepsuta i pod wpływami kapitalistycznej Europy, pełna faszystów, banderowców i Żydów. Odetniemy się od zachodniej Ukrainy, niech sobie radzi sama, pasożyt! Dołączymy do Rosji i szast prast będzie dobrobyt pod czułym okiem wujka Putina w kraju ropą i gazem płynącym, gdzie i świnia grubsza i krowa więcej mleka daje.

 

Kijów. Uczestnik protestu w stroju niedźwiedzia. Fot. Sergiy Lebedynskyy

 

Rosyjska telewizja ma wielkie osiągnięcia propagandowe na tym terenie. Niewielu mieszkańców obwodu charkowskiego nie lubi Putina. Bardziej nie lubią USA, wylęgarni wszelkiego zła i zepsucia. W wieczornych wiadomościach codziennie oglądają przygody dobrego Wladymira i złego Baraka (co to w ogóle za imię!), uwieńczone reportażem z lokalnej wioski, przystani dobrobytu i szczęśliwości. Rumiana dziewczyna przechadza się wśród tłustych kur trzymając w rękach roześmiane dziecko. Tęgi blondyn spaceruje dumnie po gospodarstwie, w którym wszystkie krowy podłączone są pod elektryczne dojarki. A to wszystko u nas, na wschodzie! Podczas gdy w Kijowie tylko Żydzi na ulicach. Chodzą z pejsami. Żydzi i faszyści.

Na wschodzie ludzie są niemili – mówi Sergiy Lebedynskyy, fotograf z Charkowa. Nie mówią „dzień dobry” ani „do widzenia”. Czuć ogólną niechęć i wrogość. W Charkowie, na bazarze Barabashova, to cię popchną, to nadepną, to wielką plastikową torbą o łydkę zahaczą. Przepraszam nie powiedzą, bo za co to przepraszać? Ich wina, że na drodze torby stoisz? Agresja to samoobrona, zagubienie i strach. Jak cię popchnę, to już wiesz, że ze mną nie ma co zaczynać! Jak ja cię nie popchnę, ty mnie popchniesz.

Od 2011 do początku 2014 roku w Charkowie była więziona dawna premier Ukrainy Julia Tymoszenko. Najpierw w więzieniu, następnie w przywięziennym szpitalu odsiadywała wyrok za nadużycie władzy przy podpisywaniu kontraktów gazowych z Rosją.

– Wyobraź sobie taką sytuację – mówi Sergiy – Tymoszenko nocą ucieka z więzienia i zauroczona pięknem Charkowa postanawia zostać tu na zawsze. Chodzi po mieście, robi sobie zdjęcia z zabytkami, podziwia nocne niebo, brata się z mieszkańcami, harcuje po lesie… Nie lubię jej, ale gdy ją uwięziono, miałem poczucie absurdu panującego w naszym systemie władzy. Nie chcemy tu więźniów politycznych. Zrobiliśmy z Vladem serię zdjęć „Ucieczka Tymoszenko”, żeby ten absurd pokazać – mówi Sergij.

– Czy to jest seria polityczna? – pytam.

– Tak, ale głównie estetyczna. Pełna humoru, absurdu i przyciągająca wizualnie zgodnie z teorią, że dobre zdjęcie musi tobą wstrząsnąć. Przestraszyć lub rozbawić lub po prostu przykuć twoją uwagę na kilka sekund. Rolę Tymoszenko gra mężczyzna. Bo ona jest jak facet, twarda kobieta – śmieje się Sergiy.

Od początku lat siedemdziesiątych w Charkowie działały liczne grupy fotograficzne, zbierające się w nieformalnie działających klubach, zjawisko zwane dziś potocznie charkowską szkołą fotografii. Działali w opozycji do tego, co proponowała radziecka propaganda, w tym czasie „jedyna i słuszna”. Grupa fotografów spotykała się, aby rozmawiać o sztuce, też tej poza granicami ZSRR. Jednym z nich, krytycznym komentatorem sowieckiej rzeczywistości, jest Boris Mikhailov (ur. 1938), którego fotografie dryfują na pograniczu dokumentu, fotografii społecznej i sztuki konceptualnej. W latach siedemdziesiątych był członkiem grupy Vremya (ros. Czas), do której należeli też Yuri Rupin i Evgeny Pavlov. Charkowska tradycja pracujących wspólnie grup fotograficznych stała się inspiracją dla grupy Shilo, założonej w 2010 roku przez Sergiy’a Lebedynskyy’ego, Vadyma Trykoza i Vladyslava Krasnoshchoka; naukowca, inżyniera i chirurga. Młodzi twórcy znaleźli rok wcześniej pamiętnik Rupina, prywatne notatki o fotograficznym życiu Charkowa w latach osiemdziesiątych, co było na tyle inspirujące, że postanowili ożywić umarłe po rozpadzie ZSRR[1] charkowskie środowisko fotograficzne.

– Strasznie się podnieciliśmy, jak odkryliśmy książkę Rupina – potwierdza Sergiy. – Pomyśleliśmy, żeby założyć klub, grupę, na wzór tych dawnych i pokazać światu, że fotografia na Ukrainie ma się dobrze. Charków jest miejscem, gdzie wszystko się miesza, rosyjskie i ukraińskie, stare i nowe. Sowieckie i niesowieckie. Chciałem zrobić temu zdjęcia, uchwycić charakter miasta i tak powstała seria „Kroniki ukraińskie”, której autorami jesteśmy ja i Vlad Krasnoshchok.

Gdy Sergiy mówi, oglądam fotografie. Na jednej z nich, autorstwa Vlada, dwóch ubogo ubranych mężczyzn idzie odwróconych do widza plecami. Na pierwszym planie pies obsikuje drzewo, na najdalszym widać kontener pełen śmieci.

 

Bez tytułu. Fot. Vladyslav Krasnoschok

 

– Patrzysz na zdjęcie z psem? – zgaduje Sergiy – symbolizuje kontrast między życiem a stagnacją. Śmieci w kontenerze świadczą, że ktoś tu był i żył, ale opustoszałe tory tramwajowe, nierzucające się w oczy na początku, symbolizują zapaść. Nie ma tu już życia, tylko resztki z przeszłości. Przeszyte propagandą.

– Jaką propagandą?

– Sowiecką. Nawet na uniwersytetach kłamią, bo ludzie tu są odcięci od świata. Nie podróżują, nie mają punktów odniesienia. Wmawiają nam, że wschód utrzymuje zachód, dlatego ludzie tu chcą uniezależnienia ekonomicznego od Ukrainy, co oznacza przynależność do Rosji. A nie byli ani w Kijowie, ani w Moskwie. Siedzą za kurtyną propagandy i łatwo nimi manipulować.

– Im jest tak łatwiej. Jak wszystkim homo sovieticus – uciekać od wolności, decyzyjności, nie być w stanie żyć w stanie innym niż totalitarnym. Akceptują też to, że władza kłamie i korumpuje. Nie wyobrażają sobie wręcz, żeby mogło być inaczej. I zapewne boją się tego.

– Typowy homo sovieticus robi to, co jest dla niego łatwe i wygodne, niezależnie od tego, czy jest to dobre czy złe, moralne czy nie. Cechują go ucieczka od odpowiedzialności i oportunizm. Europa wschodnia żyje ideologią. Na zachodzie jest podejście historyczne i naukowe, na wschodzie ideologiczne. I te ideologie wynikają z sowieckiej przeszłości. Dlatego rewolucja na Majdanie była nie tyle proeuropejska, ile antysowiecka.

– Chcesz tę sowieckość pokazać na fotografiach?

– Nie szukam na siłę. Ja oraz inni członkowie grupy Shilo robimy zdjęcia intuicyjnie. Nad „Kronikami Ukraińskimi” pracowaliśmy dwa lata. Nie było wcale żadnego konkretnego pomysłu. Chodziliśmy z aparatami przez te wszystkie miesiące i dopiero na koniec zobaczyliśmy, co z tego wyszło. Działaliśmy jak uliczni fotografowie, robiący zdjęcia pod wpływem impulsu, a nie z góry założonej idei.

– Co to znaczy „sowieckość”?

– Jest trudna do zdefiniowania. To taka niecywilizowana cywilizacja, żyjąca przekonaniem, jak powinno być, ale nierobiąca nic, żeby tak było, i mająca pretensje do wszystkich, że tak nie jest. Człowiek sowiecki nie widzi związku między tym, co robi, a tym, co z tego wynika, ani między nakładem pracy a efektem. Logika oparta na ideologii i wierze w cuda, a nie nauce. Cechuje go brak logiki i absurd, jedno i drugie doprowadzone do granic. Zawsze uważa, że każda porażka to wina jakiegoś niezidentyfikowanego „innego”. Najczęściej identyfikują go pod postacią rządu. Jak nie mogą znaleźć pracy, winny jest rząd, jak mają problem ze skorumpowanym lekarzem – rząd. Nigdy nie winią siebie i mają postawę roszczeniową. Tymczasem w Charkowie naprawdę można wszystko, są tu wielkie możliwości. Ale ludzie nie chcą i nie widzą.

Pokazują to zdjęcia z ulic Charkowa i te z miejskiego szpitala, autorstwa Vlada, jak i seria „Lecznicze błota”, wykonana na południu Ukrainy, na Mierzei Arabackiej. W pewnej  rosyjskiej bajce o garbatym kucyku Ivan wchodzi do wrzącej wody, następnie do wrzącego mleka i na koniec do wody zimnej jak lód. Z kąpieli wychodzi jako piękny mężczyzna i zdobywa serce oraz rękę carskiej córki. Na zdjęciu Sergiy’a dwie tłuste kobiety siedzą zadowolone na brzegu skarpy, spuszczają nogi w stronę wody. Na kolejnym inna białogłowa o posturze Wenus z Willendorfu kąpie starszego mężczyznę, niczym dziwne, półmartwe, pomarszczone niemowlę. Czy jak wynurzy go z wody, stanie się cud? Cud, na który czekają sowieccy ludzie, wykonując absurdalne czynności, które do cudu doprowadzić mogą jedynie w bajce.

Lecznicze błota są jak sowiecki system. Z jednej strony błoto kojarzy się z brudem i czymś, czego człowiek stara się unikać. To jest jednak specyficzny rodzaj błota. Ludzie w nim siedzą, i choć to błoto, dobrze im w nim. Brudno, ale wygodnie. Śmierdząco, ale swojsko. Samozadowolenie i fałszywa przyjemność, imitacja luksusu, lipna frajda, sztuczna rozkosz. Nędzna imitacja SPA, która jednak człowieka sowieckiego zadowala. Wszystko brudne i zniszczone, bo jak wspólne, to niczyje. Szanuje się tylko swoje, bo swoje to wiadomo, że swoje, a wspólne, to czyje naprawdę? Nie wiadomo.

Człowiekowi sowieckiemu to wystarcza, przysiądzie na obsypanym urwisku, nogi spuści, posiedzi. Poczeka na cud. Biernie. Zawieszony. Uwięziony w błocie i wessany. System sowiecki to całe lata życia w ciemności. Dlatego zdjęcia wyglądają na stare, żeby ten czas w sposób fizyczny odczuwać. Wartość dokumentalna i konceptualna – całe lata prania mózgów i propagandy.

Ale jest też druga strona sowieckości. Szpitalna seria to jej ciemne oblicze – bieda, ciężka praca, trudne warunki i dla leczącego, i dla leczonego. Wszechogarniająca korupcja, szczególnie dotkliwa właśnie w systemie zdrowia publicznego. Oksana, dwudziestoletnia mieszkanka Stanisławowa, musi kupić nawet gazę i wodę utlenioną, gdy idzie rodzić do szpitala w Iwano-Frankiwsku. Wcześniej zapłaciła lekarzowi, żeby w ogóle przyjął poród. „Inaczej zostawiłby mnie na korytarzu, nawet by na mnie nie spojrzał” – mówi.

 

  Z serii „Lecznicze błota”. Fot. Sergiy Lebedynskyy

 

Większość zdjęć grupy Shilo wykonana została na czarno-białych filmach i wywołana ręcznie w ciemni. Użyto starego papieru wytwarzanego w ZSRR, którego produkcji zaprzestano po upadku Związku. Na ten stary papier Vlad i Sergiy nakładają obrazy dzisiejszego świata. Dzisiejszego, ale wyglądającego jak na pocztówkach z ZSRR. Wrażenie wzmaga używana przez nich technika – odbitka żelatynowo-srebrowa jest uzyskiwana w wywoływaczu litowym. Dzięki temu zabiegowi odbitka otrzymuje niezwykłe bogactwo tonalne – od bieli, poprzez odcienie szarości i brązu, aż po czerń. Od świateł, poprzez półcienie, aż do nieprzeniknionych ciemności. Każda odbitka jest też inna, bo nad każdą pracuje się osobno. Papier ma grubą powierzchnię i postrzępione rogi, zupełnie jakby i on, i zdjęcie pochodziły z czasów mojego dzieciństwa. Wszechogarniające poczucie czasów minionych, które dawno odeszły, miesza się z teraźniejszością, bo sceny z fotografii są jak najbardziej współczesne – pijany mężczyzna z pustą butelką po piwie, biegnący pies, siedząca na trawie staruszka, atrakcyjna dziewczyna w krótkich spodenkach oparta o trzepak, opustoszały przystanek, socjalistyczne blokowiska. Zawieszone w bezczasie. W tym, co było i co my, ludzie krajów postsowieckich, pamiętamy z dzieciństwa i co nadal nam towarzyszy. Dojmujące poczucie przeszłości i teraźniejszości trwających uparcie ramię w ramię niczym mroczne bliźniaczki w filmie Lyncha[2]. Nieodparte wrażenie, że już się to gdzieś widziało. Wszystko wydaje się zarazem odległe i bliskie, surrealistyczne i bardzo realne. Przemożne uczucie zapętlenia i powtarzalności historii.

– Urodziliśmy się w ZSRR, a Ukraina zyskała niepodległość, gdy poszliśmy do szkoły. Lata dziewięćdziesiąte przyniosły jedynie upadek społeczny, a dwutysięczne ugruntowały bałagan i niepokój. Ludzie stali się całkowicie pasywni, zawieszeni między sowiecką przeszłością a niepewną przyszłością. Potrzebujemy samoidentyfikacji. Wciąż szukamy naszej ojczyzny – mówi Sergiy. – Dużo pracujemy w Charkowie, ale jak zaczęły się protesty, pojechaliśmy do Kijowa, ja i Vlad, bo to właśnie tam przez ostatnie miesiące ludzie poszukiwali siebie. Pojechaliśmy na Majdan tylko na jeden dzień, dziewiętnastego stycznia. Zobaczyłem tam ludzi, którzy są bardzo zagubieni. Walczą  o lepszą przyszłość, ale nie wiem, czy wiedzą, co to dokładnie oznacza. Widziałem w nich wiele smutku i strachu. Ale nie przed policją, ale właśnie przed tą przyszłością, co to ma być lepsza, ale nie wiadomo, czy będzie. Dlatego znów odwołaliśmy się do tej samej techniki – czarno-białe zdjęcia na starym papierze. Gdzie coś starego miesza się z nowym, a dokumentalizm z artyzmem.

Surrealizm. To pierwsze, co przychodzi mi do głowy gdy oglądam serię zdjęć z Majdanu autorstwa Vlada i Sergiy’a. Niedźwiedź z żelaznym prętem w łapie stojący przy barykadach. Mężczyzna z płonącą racą niczym z mieczem świetlnym z Gwiezdnych Wojen. Samotna czarna postać na szczycie barykady. Wyłaniający się z mgły budynek hotelu Ukraina.

 

Kijów. Uczestnicy protestu śpiewający hymn narodowy na Majdanie. Fot. Sergiy Lebedynskyy

 

– Surrealistyczne i teatralne. Cały Majdan był jak teatr o wielu scenach. Na jednej odgrywano scenę walki, podczas gdy na drugiej scenki rodzajowe – ludzie kupują chleb i mleko jak każdego ranka. Odnosiło się wrażenie, jakby to nie działo się naprawdę. To właśnie chciałem pokazać przez zdjęcie z miśkiem. Ten absurd i nierealność, które najnormalniej w świecie wkroczyły nagle w nasze życie.

– Baliście się?

– Pojechaliśmy całkowicie „na pałę” i to, co tam zastaliśmy było przerażające. Mówi się, że fotograf ukrywa się za obiektywem. Ale ja tam byłem i jako fotograf, i jako człowiek. Artysta nie może cały czas się ukrywać za kamerą czy aparatem i patrzeć przez szkło. Musi postawić w tym wszystkim siebie, czuć i przeżywać, a nie tylko obserwować. Obserwacja to zadanie dokumentalisty czy reportera. Tym sztuka różni się od dokumentu, reportażu. Nie daje faktów, ale fakty przetrawione przez to, co artysta ma do powiedzenia. Co czuje i co myśli. Musi mieć odwagę, aby to pokazać, i musi stanowczo znać swoją pozycję. Nie może absorbować wszystkiego. Artysta wybiera, a poprzez swój świadomy wybór pomaga zrozumieć i uczy. Ja przynajmniej chciałbym to robić.

Sergiy pochodzi z maleńkiej wioski pod Charkowem. Jako dziecko pasał kozy. Dziś ma doktorat i mówi biegle kilkoma językami. Ale wielu jego znajomych z tej wioski dołączyło do rosyjskich separatystów. Dla nich to naturalne, oczywiste. Mówią po rosyjsku, żyją z kontaktów z Rosją i wierzą, że po wschodniej stronie granicy, tam gdzie są czyste mundury ze lśniącymi guzikami, musi być lepiej. Są gotowi oddać za to życie. Za te mundury czyste i ciepłe.

 

Fragment Chłopaka z pianinem Ewy Sułek – zbioru reportaży oscylujących wokół związków rewolucji na Ukrainie ze sztuką.

 

Przypisy:

[1] Większość twórców wyemigrowała.
[2] D. Lynch, Lśnienie.

Ewa Sułek - historyk sztuki, menedżerka kultury, autorka publikacji poświęconych sztuce i kulturze, m.in. dla WP.pl, Obieg/Artmix i magazynu „Gentleman”, kuratorka polskiej ekspozycji na biennale sztuki Jeune Création Européenne. Studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i na University of Cambridge w Wielkiej Brytanii. Jej zainteresowania to związki sztuki z polityką i społeczeństwem w systemach totalitarnych, czemu poświęciła swoją pracę magisterską (Awangarda w służbie systemów totalitarnych. Fotomontaż radziecki i niemiecki w latach 1925-1939). Ten temat, zamiłowanie do podróży oraz przypadkowe spotkanie w górach Swanetii (Gruzja) stały się kanwą jej pierwszej książki Chłopak z pianinem. Jej rodzina pochodzi ze Lwowa.

Napisz komentarz


cztery × = 28

baner-halfway
mfff-logo
EKRANy_Fragile (1)
fragile_button